poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wczoraj na zakończenie wakacji zrobiliśmy sobie wycieczkę- Ustroń, Wisła, Żywiec, Szczyrk. J. widzi, w jak kiepskim jestem stanie i stara się jak może poprawić mi nastrój. Niewiele jednak pomaga. Choć muszę przyznać, że wycieczka była wspaniała- góry, jezioro, dobry obiad i pyszny deser są przecież najlepszym sposobem na chwilowe zapomnienie o wszystkich problemach świata! Czyż nie? ;)

A dziś byłam w szkole, żeby uporządkować w mojej sali resztę tego, czego nie zdążyłam uprzątnąć pod koniec czerwca. Kupiłam kilka kartonowych pudeł, dzięki którym posegregowałam pomoce plastyczne. Stworzyłam też gazetkę na powitanie wychowanków. Sala od razu lepiej wygląda. Za chwilę jadę do fryzjera po kok na jutrzejszy dzień. A w związku z tym, że dopiero dziś około południa otrzymałam ostateczny (czy aby na pewno?) plan, więc czeka mnie nocne wprowadzanie go do dz.e. 

Dzwoniąc do P., egoistycznie liczyłam na to, że zarazi mnie pozytywną energią, a okazało się, iż to ona jest bardziej potrzebująca. Jutro więc zamierzam ją "postawić do pionu", a przynajmniej będę starała się to zrobić. :))

Czy to już naprawdę KONIEC wakacji? 

piątek, 28 sierpnia 2015

To dopiero początek, ledwie trzy spotkania, a ja już mam dość panujących tam nastrojów. Chyba przeżywam kryzys albo- jeszcze gorzej- wypalenie zawodowe.

Staram się myśleć pozytywnie, skupić się na wyznaczonych celach- pomysłach na nowy rok szkolny, nawet pozwoliłam sobie na małe szaleństwa dotyczące wyglądu (zmiana fryzury, paznokcie w różnych kolorach), ale wciąż nie czuję się lepiej. 

Ci, którzy znają mnie lepiej niż inni, mówią, że zachowuję się inaczej, że widać po mnie zmęczenie, dopytują, co się dzieje albo wręcz przeciwnie- nie dziwią się zaistniałej sytuacji. A ja męczę się sama z sobą. :/

Właśnie przeczytałam, że psychologowie w takiej sytuacji radzą pogodzić się z kryzysem, więcej- pozwolić sobie na niego. I chyba w tym właśnie tkwi problem- wszak miałam się za niezniszczalną, a co gorsze- inni też mieli mnie za taką. I jak tu sobie pozwolić na kryzys?

Uff, napisałam to. Może odtąd będzie już tylko lepiej? Oby! :)

Następnego dnia leniuchowaliśmy- wszak i Bóg w siódmym dniu odpoczywał. :)

Sobota akurat była dniem Masurii 2, czyli Festiwalu Kultury Średniowiecza, który rozpoczął się już w piątek, ale jego główne obchody miały miejsce właśnie w sobotę. 

Cała impreza zaczęła się od barwnego pochodu. Ulicami miasta przetoczyła się kawalkada rycerzy różnej maści, dwórek, czarownic, itp. Co jakiś czas słychać było huk wystrzałów armatnich, a całą paradę prowadziła Orkiestra Wojskowa z Giżycka. 

Przez cały dzień można było oglądać walki rycerskie, wziąć udział w przeróżnych zabawach oraz kupić wyroby rękodzielnicze na trwającym przed zamkiem jarmarku. 

Upał był jednak tak straszliwy, że większość tych atrakcji bez żalu pominęliśmy. ;) Obejrzeliśmy tylko paradę, bo to była prawdziwa gratka. :)

Potem jednak woleliśmy pomyszkować po zamku, gdzie grube mury skutecznie chroniły nas przed wysoką temperaturą, a na koniec zwiedzania wróciliśmy do pokoju, by nacieszyć się ciszą i nasycić duszę książką. Nawet obiad zjedliśmy w zamkowej restauracji, tak nam się nie chciało nigdzie wychodzić. ;) 

Dopiero późnym popołudniem poszliśmy nad Jezioro Ryńskie, gdzie obserwowaliśmy miasteczko z lotu ptaka, a raczej drona, którego właściciel pozwolił nam zerkać na ekran. Fajna zabawka, ale trochę droga, niestety. Musiałam zadowolić się zdjęciami z perspektywy czołowej, tudzież bocznej. ;)

Wieczorem w starym amfiteatrze na zakończenie Masurii można było obejrzeć spektakl historyczno- batalistyczny pt. Cień Czyngis Chana. Poszliśmy i my. Amfiteatr (położony na stoku dawnej krzyżackiej winnicy) był przepełniony, ludzie stali również na drodze obok jeziora Ołów.

Widowisko było niesamowite! Dobrze, że są jeszcze ludzie z pasją, którzy nie pozwalają historii odejść w zapomnienie. 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Szóstego dnia postanowiliśmy pojechać do Mikołajek, by odwiedzić odpoczywającą tam rodzinę.

Najpierw jednak udaliśmy się do Piszu, który swego czasu był bardzo reklamowany w telewizji. No i cóż, miasto jakoś nas nie zachwyciło. Tylko trzy budynki zwróciły naszą uwagę- ratusz, kościół św. Jana Chrzciciela, któremu notabene nawet nie zrobiłam zdjęcia, oraz baszta.


Postaliśmy trochę nad Pisą, przyjrzeliśmy się hotelowi, którego ofertę również przeglądaliśmy przed wyjazdem i...

...ruszyliśmy w dalszą drogę.

Rozczarowani Piszem postanowiliśmy dać się oczarować legendom związanym z Galindami. Trochę żałuję, że przejeżdżając przez Ruciane nie wstąpiliśmy do leśniczówki Pranie. Cóż, jest okazja, by tam wrócić. :)

Galindia okazała się wspaniała. Ukryta w lesie, z dala od zabudowań wsi, nad jeziorem Bełdany.


Doczytałam, że ośrodek ten został założony przez psychoterapeutę i rzeczywiście jest to miejsce, gdzie prawdziwie można odpocząć. Galindia nawiązuje do historii i tradycji plemienia, które zamieszkiwało te tereny od V wieku p.n.e. do XII wieku n.e. Co prawda zbyt wiele informacji po Galindach nie przetrwało do naszych czasów, ale wyobraźnia ludzka nie zna granic. :) Czym to miejsce mnie urzekło? Wszechobecną przyrodą, która "pochłania" nawet budynki, tak że trudno czasami je dostrzec, oraz drewnianymi rzeźbami Galindów i ich bóstw. 

Po obiedzie ruszyliśmy na spotkanie z kuzynką i jej rodzinką.

W Mikołajkach trudno o zabytkową zabudowę, ale czerwień dachów, błękit nieba i jezior oraz biel żagli wystarczyły mi do szczęścia. :) Gdyby nie wysokie temperatury i mój stan bliski omdlenia pewnie pstrykałabym zdjęcia bez opamiętania.


Kuzynka mieszkała w Hotelu Gołębiewskim, trudno więc było nie skorzystać z jego rekreacyjnych zasobów. :) Wodnym szaleństwom nie było końca. ;) Do tego odpoczywaliśmy razem z Markiem Włodarczykiem! :)


Widok z okna pokoju był rewelacyjny! Ale sam hotel to taki moloch, który może i ma swój urok, ale na dłuższą metę jest meczący. 


M. (córka kuzynki) pokazała mi swoje ulubione zjeżdżalnie, odwiedziliśmy stajnie należące do hotelu,

obejrzeliśmy budujący się stok narciarski (tak, tak- wyobraźnia ludzka nie zna granic! ;D ) i trzeba było się pożegnać. 

Na zakończenie miłego dnia chcieliśmy jeszcze zobaczyć zachód słońca nad jeziorem Śniardwy. Wszak być tak blisko i nie widzieć tego największego jeziora Polski byłoby grzechem! ;) Podjechaliśmy więc do osady leśnej Łuknajno, znajdującej się pomiędzy dwoma jeziorami: Śniardwy i Łuknajno właśnie. To drugie jest jednocześnie rezerwatem przyrody, gdzie szczególnie cennym ptakiem jest łabędź niemy i pewnie dlatego w dawnym dworze (z XIX w.) znajduje się Gościniec pod Łabędziem. 


Na zachód słońca nie zdążyliśmy (brak samochodu terenowego okazał się dość dużym problemem ze względu na drogę prowadzącą do Gościńca), ale widoki z wież na obydwa jeziora i tak były rewelacyjne! Kolorów nieba i wody, jakie wówczas mogliśmy zobaczyć, pewnie nigdy nie zapomnę. Prawdziwa feeria barw! 


Do Rynu wróciliśmy późnym wieczorem i... tak nam minął dzień szósty. 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Kilka dni temu kupiłam potrzebne podręczniki oraz kalendarz nauczyciela- to znak, że koniec wakacji już bardzo blisko. Na szczęście moje nastawienie do pracy trochę się poprawiło. W dużej mierze jest to zasługa wyjazdu, który pozwolił mi zresetować umysł, zapełniwszy go w zamian przeróżnymi obrazami gotyku w architekturze i naturalnego piękna w przyrodzie. :)

W tak zwanym międzyczasie zdążyłam się postarzeć, a i nasz małżeński staż zwiększył się o kolejny rok. Ot, życie. :)

Dziś zrobiłam sobie dzień chodzenia po sklepach i zakupowych szaleństw. Kupiłam nieco alkoholu (tak, tak, AA się kłania! ;) ), spodnie i dwa sweterki oraz wywołałam zdjęcia, z których stworzyłam urodzinowy prezent dla kuzynki. Mam nadzieję, że album jej się spodoba. :) Zaplanowałam też wakacyjny wygląd stołu podczas najbliższej konferencji. A na jutro umówiłam się na wizytę u fryzjera- loki trzeba odświeżyć, a i weekendowa fryzura by się przydała! ;) Ot, takie drobne przyjemności. 

A jeśli o przyjemnościach mowa- delektuję się książką Rosamunde Pilcher. Poszukiwacze muszelek to idealna powieść na wakacje. Polecam wszystkim, którzy lubią historie rodzinne, z miłością w tle, a także wspaniałe opisy przyrody. :)

Tego dnia, nim pojechaliśmy do Giżycka, wstałam o piątej i pobiegłam nad jezioro uchwycić w kadrze mgłę. :) Ulice i przystań były niemal puste. Miałam więc wrażenie śnienia na jawie, gdyż wszystko wokół wydawało się takie odrealnione. I tylko miła pogawędka z nocnym stróżem utwierdziła mnie w przekonaniu, że naprawdę tam jestem i oglądam, jak niebo i jezioro stają się jednym. Niesamowite uczucie!

środa, 19 sierpnia 2015

Będąc w Rynie, postanowiliśmy odwiedzić Giżycko, Gierłoż i Kętrzyn. Do tego ostatniego jednak nie dotarliśmy, gdyż o 17.00 musieliśmy być z powrotem w "naszym" zamku, a zwiedzanie Wilczego Szańca nieco nam się wydłużyło.

Ale od początku.

Kilka lat temu uwielbiałam oglądać polski serial pod tytułem Przystań. Kto oglądał, ten wie, że akcja tego filmu toczy się właśnie w Giżycku. Ja więc chciałam zobaczyć bazę młodych i ofiarnych ratowników, a J. zabytkowy most obrotowy. 

Miasto okazało się piękne! Nie tylko malowniczo położone pomiędzy dwoma jeziorami (Kisajno i Niegocin), ale również zadbane- kolorowe od kwiatów i czyste. Bazę Przystań rozpoznałam od razu, ale wszystko wokół wyglądało nieco inaczej niż w filmie. ;) Przede wszystkim- tłum ludzi, amatorów wodnego szaleństwa, a w serialu jakoś nie było tego widać! ;)) Za to oczarowały mnie białe żagle na tle niebieskiej wody. A i most okazał się niezwykły, przez wzgląd na ręcznie obsługującego go kierownika przeprawy.


Gierłoż. Wolfsschanze. Prawdziwe piekło na ziemi. "Tu decydowano o wykorzystaniu jeńców w niemieckim przemyśle zbrojeniowym; budowie nowych obozów koncentracyjnych. Tu wcielano w życie plan budowy Tysiącletniej Rzeszy. Tu podejmowano zbrodnicze decyzje, dotyczące losów wielu narodów Europy" (cytat pochodzi ze strony http://wolfsschanze.pl/). Nic dodać, nic ująć. Gdyby jednak nie opowieść przewodnika, pewnie niewiele poczulibyśmy, chodząc pomiędzy ruinami dawnej kwatery Hitlera. Tak jakoś mamy szczęście do dobrych przewodników. :) 


Po tej podróży w makabryczną przeszłość przenieśliśmy się w nieco inne czasy! A to za sprawą biesiady organizowanej na ryńskim zamku pod hasłem "Wiwat Sarmacja!" Biesiada jak biesiada- mnóstwo jedzenia i zabawy rodem z weselnych uroczystości (no, prawie), ale prawdziwą atrakcją są stroje- piękne, wzorowane na średniowiecznych! Dlatego właśnie nie odwiedziliśmy Kętrzyna, bo musieliśmy zdążyć na godz. 17.00, by wybrać przebranie na wieczór. Było pięknie! Ta biesiada to częściowe spełnienie niegdysiejszych marzeń, moich i Sis, by choć na chwilę wrócić do przeszłości. :) Prawie jak w O północy w Paryżu Allena. ;))


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Orneta leży nie tylko na Szlaku Kopernikowskim, ale również na drodze prowadzącej z Elbląga do Rynu. No, przynajmniej my taką trasę wybraliśmy. ;) Ponadto o mieście wspomniała przewodniczka w Malborku, więc tym bardziej chcieliśmy je zobaczyć. Jednak poza ratuszem i kościołem śś. Janów- zaniedbanym, ale z pięknymi rzygaczami w kształcie smoka- niewiele więcej przykuło naszą uwagę. 


Następnym przystankiem w naszej podróży był Lidzbark Warmiński. Nie zdecydowaliśmy się skorzystać w usług przewodnika, ale nie żałujemy, gdyż każde pomieszczenie było na tyle dobrze opisane, że bez niczyjej pomocy udało nam się dość dobrze zapoznać z historią zamku. 


Lidzbark był kiedyś siedzibą biskupów warmińskich, spośród których na szczególną uwagę zasługuje Ignacy Krasicki. Aż dech zapiera na myśl, że kiedyś jego oczy oglądały to, co i ja- po tak wielu latach- mogłam obejrzeć. Nieco zmienione, ale jednak. 


Do Świętej Lipki zamierzaliśmy dotrzeć dopiero w niedzielę, ale plany uległy modyfikacji. ;) Barok nie należy do moich ulubionych stylów, ale TEN kościół mnie zachwycił. Pewnie przez wzgląd na utrzymanie obiektu, moc barw... i spotkanego tam ojca, który tak barwnie opowiedział nam historię tego miejsca, że żałuję, iż nie nagrałam jego wypowiedzi. Koncert organowy również mi się podobał, ale- jak już wspomniałam wcześniej- ten we Fromborku był ciekawszy, bardziej emocjonalny. Co jeszcze zapamiętam ze Św. Lipki? Słowa skierowane do mnie przez ojca- przewodnika, który- takie odniosłam wrażenie- przewiercił mnie wzrokiem i odczytał to, co leży na dnie mojego serca. Niesamowite uczucie usłyszeć od obcej osoby słowa kipiące prawdą na własny temat. 


I tak dotarliśmy do Rynu- jednego z najbardziej magicznych miejsc na trasie naszej podróży. Aż trudno uwierzyć, że wolontariusz, którego spotkaliśmy kilka dni później w Elblągu (tak, tak, wróciliśmy jeszcze do tego miasta!), nie słyszał o zamku w Rynie.

Zamieszkaliśmy w skrzydle więziennym (czemu mnie to nie zdziwiło?), z widokiem na Jezioro Ołów. Na początek jednak wybraliśmy się na spacer nad drugie z jezior- Ryńskie. Odnaleźliśmy też szkołę, w której kiedyś nocował J., zjedliśmy późny obiad i wróciliśmy do zamku, by skorzystać z basenu pięknie wkomponowanego w piwniczne podziemia. Wykończeni atrakcjami całego dnia, w tym wodnymi szaleństwami, udaliśmy się do naszej komnaty- celi. ;) Szkoda, że nie pamiętam, co mi się przyśniło tej nocy. Ale może to i lepiej? A nuż byli to jacyś nieszczęśnicy, którzy w tym miejscu kilka wieków temu oddali ducha?

sobota, 15 sierpnia 2015

Wróciliśmy wczoraj wieczorem. Zmęczeni, ale zadowoleni z podróży. Zrealizowaliśmy niemal cały plan, poza Gietrzwałdem i Olsztynem. Warmia i Mazury, a także Kociewie oczarowały nas na tyle, że mamy ochotę tam wrócić. Czy się uda? Czas pokaże. :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 247