|
piątek, 18 maja 2012
Na miejsce szkolenia trafiłam bez problemu. Prawdziwie- nie taki diabeł straszny, jak go malują! Samo szkolenie jednak nie było warte zachodu. Dwa prowincjonalne miasta w dwa dni. Gdybym codziennie tyle jeździła, pewnie zniknęłyby wszelkie obawy przed poruszaniem się po drodze. Rodzice i teściowa wyjechali na 3 dni. Świdnica, Książ, Karpacz i Drezno- aż im zazdroszczę! M. odpoczywa. Jest jednak w rozsypce, a ja nie wiem, jak jej pomóc.
środa, 16 maja 2012
Niedobór snu i poranne przypadłości są doprawdy niczym w porównaniu z sytuacją M. Niech to szlag! PS (wieczorem) M. opuściła szpital. Ma poparzone ręce, ale umie chodzić, więc uznano, że stała kontrola lekarska jest zbędna. To się nazywa opieka zdrowotna! Kiedy widzę zasłonięte czarnym brezentem okno (a raczej dziurę po nim), przejmuje mnie dreszcz. Świadomość, że mogło być gorzej, jeszcze bardziej go potęguje.
wtorek, 15 maja 2012
Rozumiem, że sinusoida smutku i radości, sukcesów i problemów jest konieczna, aby móc docenić to, co się ma i co się osiągnęło. Ale to już chyba trochę za dużo naraz? Czuję się jak na rollercoasterze. Parszywy czas.
poniedziałek, 14 maja 2012
"Kazanie" i nie najlepsze oceny przyniosły oczekiwany efekt. Tym razem zadania wykonano porządnie, wręcz celująco. Cieszę się, że coś jeszcze do dzieci dociera. :) Usłyszałam, że czytanie moich protokołów to prawdziwa przyjemność. :) To tak na dobry początek tygodnia. A od jutra maraton- korepetycje, konferencja, szkolenie. Mam nadzieję, że po sobotniej wycieczce nie zmoże mnie choroba. Pogoda spłatała nam figla, dlatego nie zobaczyłam kultury żydowskiej w prowincjonalnym wydaniu. Szkoda. Przyjrzałam się trasie, jaka mnie czeka w czwartek. Nie, nie jestem przerażona (hehe), ale i tak wolałabym jechać sama.
czwartek, 10 maja 2012
Pierwszego maja wybraliśmy się na pierwszą w tym roku dłuższą wyprawę rowerową. Choć "dłuższą" to pojęcie względne, bo w obydwie strony przemierzyliśmy zaledwie 14 kilometrów. Ale jeśli wspomni się o tych trzydziestu kilku stopniach Celsjusza w słońcu, od razu inaczej to wygląda. ;-) Trasa była tradycyjna. Przez las i obok stawów przynależnych miejscowości, do której zmierzaliśmy. Zieleń, świeża i soczysta, zafascynowała mnie tak bardzo, że zupełnie zapomniałam o upale. Syciłam oczy swojskimi widokami, przyglądałam się pływającym po stawie kaczkom i uważałam..., żeby nie wjechać do kałuży wody, której na leśnych ścieżkach było niemało. Na miejscu okazało się, że nie tylko my postanowiliśmy pierwszego dnia maja odwiedzić słynne w naszym rejonie ruiny renesansowego zamku. Ludzie przybyli tam samochodami, motorami i rowerami, tudzież pieszo, wspomagając się kijkami trekingowymi. Jedni siedzieli przy stolikach w cieniu i popijali piwo, ewentualnie zajadali się barowymi daniami, inni korzystali z dobrodziejstw słońca i po prostu leżeli na kocach wśród malowniczego otoczenia, jeszcze inni (czyli my) przyglądali się temu z boku, uśmiechając się wyrozumiale. ;-) No, dobra- sama też miałam ochotę usiąść na chwilę w cieniu, więc skwapliwie skorzystaliśmy z wolnej ławki i ochłodziliśmy się lodami na patyku, podziwiając widoki. To właśnie tam w niedzielę ma się odbyć "Spotkanie z kulturą żydowską", a w przyszłym tygodniu- Noc Muzeów. I tylko tłumy ludzi, jakie na pewno w tym czasie zawitają na zamek, przerażają mnie. Wolałabym bardziej kameralne spotkanie. Wracając, podziwialiśmy powoli rozkwitający rzepak. A ja uśmiechnęłam się do pewnego "gimnazjalnego" wspomnienia... Wczorajsza rozmowa telefoniczna trochę mnie uspokoiła. Ale po poniedziałkowej burzy wciąż jeszcze spodziewam się ciosu. Oby wszystko dobrze się skończyło. Wczoraj pojechaliśmy z J. na basen. Tym razem do Ż. Pierwszy pobyt zachęca do powrotu. Zmęczenie fizyczne jednak nie gwarantuje dobrze przespanej nocy. Wciąż budzę się kilka razy, a moje sny... lepiej przemilczeć. W tym czasie wiosna obudziła się na dobre. Morze mniszków przemieniło się w kobierzec dmuchawców poprzetykany rdzawymi kwiatostanami polnego szczawiu. Wygląda to przepięknie! Rozkwitły też bzy i azalie, a spod trawy i liści truskawek nieśmiało wyglądają moje ukochane konwalie. W sobotę jadę na wycieczkę. A w niedzielę chciałabym "spotkać się" z kulturą żydowską w prowincjonalnym wydaniu. Poza tym marzy mi się wyjazd do ZOO. Tak, pamiętam Twoje słowa: "chcesz rozśmieszyć Boga? podziel się z Nim swoimi planami".
wtorek, 08 maja 2012
Czy można po 2 godzinach pracy wrócić do domu z ostrym bólem głowy? Można. Aż się boję, co będzie po 4 godzinach?! Lekcje przygotowane, materiały pomocnicze gotowe do skserowania, a mój żołądek przypomina wymiętą ścierkę.
poniedziałek, 07 maja 2012
Przed południem (na godzinę przed lekcjami) skończyłam czytać książkę Y. Martel' a. I mam mieszane uczucia. Bo cóż można myśleć na temat powieści, na którą składają się ohydne opisy pracy taksydermisty, czasem wręcz absurdalne rozmowy prowadzone tak przez głównych bohaterów, jak również przez Beatrycze i Wergilego- postaci z powstającego na naszych oczach (a mającego oczyścić wojennego zbrodniarza) dramatu? Pierwszy raz zetknęłam się z utworem, który o holokauście mówi w sposób lekki i całkowicie niestandardowy, jednocześnie stawiając przed czytelnikiem trudne pytania, dotyczące sensu życia i cierpienia, wiary i przebaczenia. "Beatrycze i Wergili" to taka książka, po której zostają w głowie koszmarne obrazy, podobnie jak po przeczytaniu "Malowanego ptaka" J. Kosińskiego. |